Nax Via Ferrata du Belvédère

Wakacje właśnie się rozpoczęły, a więc i sezon ferratowy czas rozpocząć! Niestety moje podboje ferratowe muszę w tym roku przesunąć na wrzesień, ale mam jeszcze kilka zaległych miejsc do opisania, więc przynajmniej ten blog będzie się swoim żółwim tempem posuwał do przodu. 



Wiele osób, które nigdy nie miały do czynienia z ferratami pyta się mnie, która ferrata jest idealna na spróbowanie. Zdecydowanie polecam wszystkim Aletsch Arena, ale do listy ferrat idealnych na początek dołączam również via ferratę w Nax. Jest to wioska położona niecałe 20min jazdy samochodem od Sion w kantonie Valais. (w tym momencie uaktywniają się u mnie wszystkie pokłady smutku, gdyż wkrótce będę zmuszona opuścić moje ukochane Valais i przeprowadzić się do przebrzydłego, dużego miasta)


Nax Via Ferrata du Belvédère
Długość: 450m
Przewyższenie: 220m
Punkt początkowy: 1000m 

Z powodu wakacji w naszej rodzimej Polsce i przeprowadzki, moja mała ferratowa biblia została pogrzebana w gąszczu kartonów i zagubiona gdzieś w piwnicy. Jak tylko ją odnajdę, zamieszczę więcej suchych faktów, włącznie z trudnością ferraty w specjalnej skali. 

Zaraz przy głównej drodze prowadzącej z Sion do miejscowości Nax znajduje się dobrze oznakowany parking, i to kompletnie bez dodatkowych opłat. Via ferrata zaczyna się dosłownie 3min spaceru od parkingu, więc można spokojnie ubrać cały osprzęt już przy samochodzie. Fajnym rozwiązaniem dla początkujących ludzi (lub też rodzin z dziećmi) jest fakt, że na początku ferraty znajdziemy mały punkt, na którym można bez problemu zaprezentować podstawowe zasady zachowania się na szlaku i wytłumaczyć w jaki sposób posługiwać się sprzętem. Jeśli nie macie przyjaciela-przewodnika - podążajcie za informacjami na tablicy. Wszystko jest łopatologicznie wyjaśnione. Również podczas wspinaczki będziemy spotykali specjalne punkty, na których wypisane są dodatkowe porady i triki, które pomogą, a nawet uprzyjemnią ferratową wspinaczkę. 



Sama ferrata jest absolutnie prosta i przyjemna. Wspinaczka trwa około godziny, a po drodze znajdziemy dwa małe, wiszące mostki w stylu nepalskim do odpowiedniego zakołysania naszej adrenaliny. Trasa składa się głównie z drabinek i uchwytów. Pamiętam dosłownie jedno miejsce, które może sprawić problem mniej wprawionym wspinaczom, ale przy odpowiednim skupieniu każdy sobie poradzi. Sama zaprowadziłam tam grupę przyjaciół liczącą dokładnie 4 debiutantów i wszyscy wspaniale sobie poradzili. W Nax każdy może wziąć swoje tempo i spróbować według swoich sił, a ta via ferrata uchodzi za najłatwiejszą w całym kantonie Valais. Jednym słowem idealne miejsce do złapania bakcyla na więcej. 




Zejście z ferraty na dół to przyjemny spacer lasem, który zajmie nam nie więcej niż 30min i doprowadzi do zaparkowanego samochodu (lub przystanku autobusowego). Na górę ferraty warto wtargać się z jakimś małym plecaczkiem wypełnionym owocami, piwkiem i kocem - widok z góry jest naprawdę niesamowity, a na szczycie znajduje się wspaniała łąka. Idealne miejsce do podziwiania uroków ogromnej polodowcowej doliny Valais i panoramy pobliskich alpejskich szczytów. Po udanej wspinaczce nie zapomnijcie zrelaksować się w pobliskich termach - Ovronnaz lub Saillon.





W krzywym zwierciadle: 10 typów narciarza

Jeżdżę na nartach od małego i chcąc, nie chcąc obserwuję różne typy narciarzy na stoku. Proszę to potraktować, jako małą dawkę humoru i z przymrużeniem oka, nie chcę nikogo urazić, obrazić ani sponiewierać, a sama również się nie przyznam, do której grupy się zaliczam (byłoby to zdradzeniem siebie i być może utraceniem autorytetu w oczach Czytelnika). Zatem gotowi?

1. Włoski narciarz - jedzie bardzo wolno, wszędzie się spóźnia, a jego ulubiona pozycja narciarska to pizza. Podczas pobytu w kurorcie narciarskim najważniejsze miejsce zajmuje proces jedzenia i poobiednia siesta. 
2. Narciarz salsa - jedzie jako-tako, rozwija całkiem niezłe prędkości, ale zarzuca seksownie kuperkiem na prawo i lewo przy każdym możliwym skręcie. Zamiast kijków chciałoby mu się w ręce wsadzić grzechotki. 
3. Narciarz instruktor - jeździ bardzo stylowo i nigdzie się nie spieszy, w końcu płynność ruchów i odpowiednia technika są najważniejsze. Najpewniej będzie ubrany w firmowe spodnie i kurtkę z logiem swojej szkółki narciarskiej. Na stoku będzie robił robił kilkudziesięciometrowe skręty lub jechał oldschoolowym śmigiem.
4. Narciarz zjazdowiec zawodowiec - solidny kask i dobre narty zjazdowe. Jeździ wyłącznie po utwardzonych, wyratrakowanych pistach i zazwyczaj skręca tylko tam, gdzie zakręca trasa. Lubi prędkość i szybką jazdę. Zdarza mu się nie wyhamować na czas.
5. Narciarz zjazdowiec hipster - podobnie, jak narciarz zjazdowiec zawodowiec z tą różnicą, iż ma stary typ nart, zużytą kurtkę i zamiast solidnego kasku - kolorową czapkę z pomponem. 
6. Narciarz emeryta - jeździ dla przyjemności, zazwyczaj w przedziale wiekowym 35-60 lat. Preferuje narty w kwiatki z damskiej kolekcji Rossignola i obowiązkowo piankowe spodnie narciarskie. Preferuje słoneczną pogodę i największe tłumy na stokach. 
7. Narciarz fristajlowy - szerokie spodnie, szeroka kurtka, wypasiona czapka, czyli ubiór snowboardzisty plus dwie deski snowboardowe na nogach. Jeździ gdziekolwiek się da, często tyłem. Lubi palić zielone skręty. 
8. Narciarz frirajdowiec - łatwo pomylić z fristajlowcem, ale wyróżnia go posiadanie kasku i plecaka z napisem "airbag". Jeździ po przygotowanym piście tylko wtedy, kiedy nie ma już innego wyjścia. Przeważnie to on jest sprawcą tych wszystkich śmiesznych szlaczków narysowanych poza wyznaczoną trasą. Jego narty to też dwie deski snowboardowe, śmiesznie wygięte w obie strony i najlepiej we fluorescencyjnych kolorach. Największą ilość można spotkać w niepogodny, śnieżny dzień lub zaraz po dużym opadzie świeżego śniegu. 
9. Narciarz dziwak - jeździ na śmiesznych małych nartkach lub na nartach z odpiętymi zapięciami, więc wygląda tak, jakby przy każdym zakręcie robił skoczkowy telemark. Zawsze, kiedy go widzisz, to zastanawiasz się, po co on w ogóle tak jeździ i że też chciałbyś spróbować, ale ta chęć przechodzi Ci po niespełna pół minucie. 
10. Narciarz skiturowiec - zazwyczaj bez kurtki, w okularach przeciwsłonecznych zamiast gogli i bardzo łatwo go rozpoznać, bo jako jedyny nie zjeżdża, tylko podchodzi pod górę. Często ma przedziurawione narty na wylot, a jego koleżanka na stoku, to niezła foka. 

Może znacie jeszcze jakiś typ narciarza? 








Engelberg Titlis Arena

Długo zbierałam się z następną recenzją, ale chciałam po prostu, żeby post był przemyślany i obiektywny, a o obiektywizm przy dzisiejszych zmianach pogody i warunkach śniegowych naprawdę trudno. 


Engelberg Titlis Arena


Zima w tym roku daje w kość, Mamy dni nieustających opadów śniegu w górach, co daje ekstra powder day, albo cieplutką wiosnę z ćwierkającymi ptaszkami i temperaturą, która skutecznie odbiera narciarzowi to, co najlepsze. Brakuje niestety stabilnej zimy, przez co ludzie zmuszeni zaplanować swoje urlopy dużo wcześniej mogą trafić na niezły pasztet pogodowy (tak jak to ostatnio mój znajomy, który swój wyjazd narciarski w lutym ochrzciłł bardziej jazdą na nartach wodnych). 
No cóż, ale klimat się zmienia (co zauważył nawet Leonardo DiCaprio w swojej oskarowej przemowie), więc trzeba się z tym smutnym faktem pogodzić i cieszyć się, że jeszcze w ogóle mamy śnieg w Europie. Dosyć już narzekania, czas na konkrety. Dzisiaj pod lupę idzie mały, acz znany ośrodek narciarski, który położony jest zaraz w sąsiedztwie Lucerny, Zurychu i Zug, czyli Engelberg Titlis Arena





Ośrodek jest położony w bardzo malowniczym regionie, a dojazd na stok jest bardzo prosty - zarówno samochodem, jak i pociągiem. Z doświadczenia polecam jednak wybrać się pociągiem, bo na drodze zdarzają się małe korki, a szkoda tracić pół godziny słoneczka w samochodzie. Parkingi są także dodatkowo płatne, więc może warto rozważyć zostawienie samochodu przy najbliższej stacji kolejki i podjechania tego jednego przystanku pociągiem. 
Co do samego położenia wyciągu... Jest oczywiście super alpejsko, a to za sprawą wysokiego położenia Titlis Areny i sąsiedztwa ogromnego lodowca. Zachwyca też fakt bardzo szybkich i sprawnych wyciągów, a także interesującej kolejki na Titlis, która obraca się wokół własnej osi, zapewniając turystom wspaniały, panoramiczny widok i rozwiązując odwieczny problem: "do której szyby w wagoniku przykleić swój nos?".Teraz przyklejasz do jednej, a ona się obraca... Genialne rozwiązanie! 


Widoki ze szczytu Titlis


Pozdrowienia dla Basi i dla polskiej firmy Majesty (dzięki za ekstra narty, prosto z Polski - dumnam!), i dla mojego Kadola, który narty naostrzył, nasmarował, zapakował i przysłał do Szwajcarii

Zza chmur też wyglądają ładnie... 


Porównując ofertę ośrodków narciarskich na północy Szwajcarii, a więc niedaleko Luzerny, Titlis Arena wypada całkiem korzystnie za sprawą 82 kilometrów tras. Oczywiście ma się to nijako do innych ośrodków, typu 4 Doliny, czy Zermatt, ale jeżeli ktoś nie planuje wycieczki na drugi koniec Szwajcarii (a dojazd do mojego ukochanego Wallis/Valais bywa nieco uciążliwy), to Engelberg jest całkiem korzystnym rozwiązaniem. Muszę jednak zepsuć Wasze plany i napisać także i o minusach tego ośrodka:

Cena karnetu - no cóż... nie jest jakoś powalająco drogo, ale też znam większe i fajniej położone ośrodki w dużo lepszej cenie. Podejrzewam jednak, że wysoka cena karnetu argumentowana jest położeniem wyciągów obok lodowca i nowoczesnymi kolejkami. Za 1-dniowy skipass zapłacimy 62 franki (plus 5 franków kaucji za karnet).

82 kilometry tras brzmi dumnie, ale jakoś w praktyce to wrażenie nieco się zaciera, a to za sprawą szerokości tras. Położenie Titlis Areny jest naprawdę imponujące ze względu na towarzystwo naprawdę konkretnych szczytów, ale skalisty i wysoko położony teren uniemożliwia poprowadzenie naprawdę szerokich i przestronnych tras. W niektórych momentach "pisty" robią się śmiesznie wąskie, co przy dużej ilości narciarzy lub dla kogoś, kto nie ma zbyt dobrych umiejętności narciarskich, może być nieco uciążliwe.

Tłumy w słoneczny dzień - ze względu na położenie niedaleko największych miast na północy Szwajcarii, Titlis Arena może być nieźle zatłoczona w słoneczny, zimowy dzień. Wtedy kolejka do pierwszego wagonika może być naprawdę długa, a na stoku czeka nas niezły slalom, ale i tak nie jest aż tak źle, jak w rodzimej Polsce na Kotelnicy Białczańskiej... ;-)

Warunki śniegowe i pogodowe - jeździłam na Titlis Arenie przez 3 dni i trafiłam na trzy kompletnie różne warunki śniegowo-pogodowe. Przez dwa z tych dni, trasy na samej górze przy lodowcu były zamknięte dla narciarzy ze względu na bardzo silny wiatr. W takich momentach gondolka obrotowa na Titlis kursuje, ale narty trzeba zostawić na dole i zjazd jest zabroniony. Podejrzewam, że położenie Titlis Areny jest dość niefortunne i często zdarzają się tam silne wiatry, które zabierają nam najfajniejszy (moim zdaniem) zjazd z samego szczytu góry Titlis - warto więc przed wyjazdem sprawdzić prognozę dotyczącą podmuchów wiatru! Jeśli trafimy na słoneczno-wietrzny dzień istnieje duża szansa, że trasy będą bardzo oblodzone, a śnieg bardzo zbity (bawiąc się w profesjonalne terminy - gips przewiany). Takie warunki spotkać można często w wysoko położonych ośrodkach narciarskich, a w takiej niekorzystnej formie zapamiętałam niestety swój wypad do Zermatt... Ale jeśli ktoś lubi szybką jazdę na zjazdówkach po dobrze ubitej trasie, to taki warun jest idealny.


Do plusów niewątpliwie zaliczam off-ride... Jest bardzo dużo możliwości i tras, niestety raczej dla doświadczonych narciarzy, ze względu na ilość skał i urwisk, a więc trzeba umiejętnie zaplanować zjazd! Jeżeli tylko trafimy na "powder day" i duży opad śniegu, to jazda staje się naprawdę przyjemnością i można nieźle się wyszaleć. Trasa, która wiedzie ze szczytu Titlis ma nawet specjalny odcinek oznaczony na mapie, jako off-piste, a więc każdy narciarz może poczuć się nieco jak freerider ;-) Niestety, trzeba wiedzieć kiedy trafić na taki dzień - często są to właśnie te najbardziej smutne i zachmurzone dni, ale bezwietrzne i z dużą ilością świeżego puchu!

video
Warunki śniegowe w bardzo pochmurny, acz sprawiający dużo radości dzień ;-)

Atrakcja dla Chińczyków, ale i nie tylko - najwyżej zawieszony most w Alpach!


Chyba jedna z najładniej poprowadzonych nartostrad w dół - sama przyjemność!

Titlis w słoneczku


Engelberg Titlis Arena ma do zaoferowania jeszcze dużo innej rozrywki - wspaniałą trasę biegową o naprawdę wysokim i bajecznie położonym wypłaszczeniu, trasę na skutery śnieżne i na zwykły spacer. Jest też mini wyciąg taśmowy przeznaczony dla fanów jazdy na sankach. Przy Engelbergu znajdują się także orczyki dla początkujących narciarzy, które gwarantują fajne widoki i super fajne trasy dla tych, którzy dopiero się uczą. Pytałam Pani w okienku i jest możliwość wykupienia karnetu jedynie na ten sektor początkująco-biegówkowo-spacerowy, tańszy prawie o połowę!




Zdecydowanie polecam ten ośrodek wszystkim leniuchom, którzy wolą sobie dłużej pospać, a krócej jechać samochodem, czy pociągiem... Dla mnie szczególnie fajna sprawa, gdyż pracuję w Luzernie i w wolny dzień mogę śmiało wyskoczyć na narty i zdążyć jeszcze na wieczór do pracy... ;-) Warto także przejechać się na szczyt Titlis, a to za sprawą naprawdę przepięknej panoramy i najwyżej położonego mostu linowego w Alpach! Przespacerowanie się mostem zawieszonym na wysokości ponad 3000m to nie lada gratka, aczkolwiek dla wprawnych via-ferratowców będzie to bardziej ciekawostka, aniżeli przypływ adrenaliny. 

Jedźcie, bo naprawdę warto! 

PS. I uważajcie na lawiny. Byłam świadkiem jednej z nich, na szczęście odkopali narciarza, ale taki widok nigdy nie jest miły. Poniżej kilka obiecanych zdjęć w lepszej rozdzielczości. Ale serce rośnie, jak się obsweruje taką szwajcarską akcję ratunkową - tylu zaangażowanych ludzi, psy lawinowe, dwa helikoptery... Pełna profeska!



Przeczesywanie lawiniska

Tego poranka było nieco głośniej, niż zwykle...





4 Vallees

Nowy Rok, nowe postanowienia, pierwsze dni stycznia postanowilam spedzic oczywiscie na nartach... Zadowolona, ze wieczorem przekaze Wam bajeczna relacje, rano wylalam swoj przeciw-przeziebieniowy eliksir szczescia z sokiem cytrynowym wprost na mojego ukochanego MacBooka... Nie musze chyba tlumaczyc, jak zabojcza okazala sie byc cytryna dla plyty glownej. Moj swiat (szczegolnie ten wirtualny) nieco sie zdezorganizowal, a obecnie korzystam ze starego grata i zasyfionego Windowsa, ktory od dwoch dni uparcie nie pozwala mi zainstalowac polskiej klawiatury. Przepraszam zatem za te malo estetyczny wpis w kontekscie pieknej naszej polszczyzny, ale mam nadzieje, ze zostanie mi to wybaczone, a  w wolnej chwili kiedys poprawione.

Nie musze chyba informowac nikogo, ze jak zimy nie bylo, tak teraz jest ona az w nadmiarze... Przynajmniej codziennie wygladam zza okna co tam sie dzieje w gorach, i o ile w miescie bywa przyjemnie na plusie i bezniegowo, o tyle na gorze codziennie przybywa boskiego puchu. Sniegu miejscami jest az tyle, ze groza czestymi lawinami, a zwykla piste (trasa zjazdowa) wyglada, jak off-piste. Nalezy zatem uwazac i najlepiej zaopatrzyc sie w szerokie narty typu All mountain, ktore pomoga nieco przebijac sie przez malo ubity snieg.

Nasza wycieczke po osrodkach narciarskich zaczne od tego, co mam pod nosem i gdzie bywam najczesciej - 4 Doliny (4 Vallees). Jest to potezny osrodek narciarski ktory laczy kilka miejscowosci turystycznych i wyciagow w jedno mekke snieznego szalenstwa: Thyon, Veysonnaz, Nendaz, La Tzoumaz, Bruson, Verbier. Jezeli otwarte sa wszystkie wyciagi jestesmy w stanie zaczac w sobie np. w Veysonnaz, a po niespelna dwoch godzinach przetransportowac sie przeroznymi wyciagami az do Verbier. Ilosc tras i mozliwosci, a takze notoryczna zmiana dolin i krajobrazu czyni ten osrodek niesamowicie interesujacym i ciekawym do eksplorowania. 



Przy kupnie karnetu warto rozwazyc to, jak bardzo daleko chcemy sie ruszyc. Jesli zakupimy karnet o nazwie Printsee, mozemy szalec wszedzie oprocz Verbier. To samo tyczy sie tych, ktorzy zaparkuja samochod w Le Chable i rozpoczna szusowanie po stronie  Verbier. Aby miec dostep do wszystkich czterech dolin, musimy liczyc sie z kupnem drozszego (srednio o okolo 10 frankow) karnetu, ktory pozwoli nam wyjechac na najwyzszy i najbardziej okazaly szczyt 4 dolin, czyli Mont Fort. Niestety jest to jedyna opcja, aby przedostac sie dalej, ale zapewniam, ze szusowanie w samym Printsee, czy Verbier jest juz zupelnie wystarczajace, a dla zglodnialych naprawde wysokogorskiego narciarstwa doplacenie 10 frankow nie jest znowu az taka tragedia. Generalnie cenowo 4 Doliny wypadaja bardzo korzystnie w porownaniu do najpopularniejszych osrodkow typu Zermatt, czy Sankt Moritz. Zaleta (lub tez wada) jest brak lodowca, a wiec ceny od razu leca w dol i dzienny skipass (plus bezplatny parking) obniza koszty dziennego wyjazdu nawet o 30-40 frankow, czyli nieraz o polowe! 



Oczywisce ma to tez swoje minusy. Musimy miec naprawde dobre warunki, bo przy braku sniegu, czy sporych roztopach mozemy liczyc na malo otwartych tras i notorycznie wystajaca ziemie. Warto wiec zlapac dobra zime na przyjazd w 4 Doliny, ktora akurat w tym roku przedstawia sie wprost bajecznie. 

Do wykorzystania mamy az 82 wyciagi i 412 kilometrow tras zjazdowych!
Dla osob lubiacych off-piste i jezdzenie w pelnym puchu - zakladajac "normalna" zime to chyba najlepsze miejsce do tego typu jazdy. Bardzo duzo mozliwosci pojezdzenia w lesie czy na golych gorach, a szansa na puch jest bardzo duza ze wzgledu na czesto polnocna ekspozycje stokow. Brak lodowca to takze zaleta - rzadko kiedy snieg robi sie tutaj bardzo twardy i zbity, latwiej liczyc na przyjemny i puchowaty rodzaj sniegu. 
Dodatkowo w Verbier polecam wiele przepieknych tras na foki, czyli skitouring. Obledne widoki i wspaniale poprowadzone trasy. 



Gdzie najlepiej zaparkowac? W kazdym z wymienionych miejsc, choc najlepszy dostep i najwieksze parkingi znajdziecie w Le Chable (miejscowosc zaraz pod Verbier, bardzo dobry dojazd rowniez pociagiem, nalezy przesiasc sie w Martigny!) lub w Haute-Nendaz Siviez (jest to sam srodek 4 Dolin, a wiec dobry wypad na Mont Fort). 

Aktualne ceny skipassow dla zainteresowanych znajdziecie TUTAJ
TUTAJ bardzo ciekawy artykul, czyli 16 rzeczy, ktore musicie wiedziec o 4 Dolinach :-)


Do zobaczenia w nastepnym tygodniu, a planuje wreszcie wypad na Mont Fort, tym razem z moim aparatem fotograficznym! Powyzsze zdjecia z ledwo ciagnacego na mrozie ajfona, a kazdy wie, jak szybko smartfony zdychaja na nartach... ;-)

A wy gdzie najchetniej szusujecie? 

* jeszcze raz bardzo przepraszam za brak polskich znakow!

Jesień w pełni - Zermatt kontra Tatry

Od wczoraj zaczęłam nosić płaszcz zimowy, bo wreszcie zaczyna się robić zimno. Albo już. Zależy, jak kto patrzy ;-)
Ludzie dzielą się na tych, co lubią morze i na tych, którzy tylko wspinaliby się po górach. Zazwyczaj te morskie placki preferują lato, natomiast górołazy i ludzie aktywni z utęsknieniem wyczekują zimy i otwarcia pierwszych stoków narciarskich. 
Przyznaję - czekam z niecierpliwością na białe szaleństwo!


Ale jest też taka pora roku, którą mało kto lubi, bo kojarzy się jedynie z deszczem i depresją... Ale czy aby na pewno? 
Moim skromnym zdaniem jesień to najpiękniejsza pora roku do górskich wycieczek. Kombinacja kolorów z ośnieżonymi już szczytami gór, to jedne z najpiękniejszych doznań, jakie serwuje nam natura. I nieważne, czy to będzie jesień tatrzańska z kompletnie opustoszałymi szlakami, czy może jesień alpejska, nieco mroźniejsza, acz pełna turystów. 

W tym roku udało mi się nacieszyć oko zarówno w naszym ojczystym kraju, jak i w Szwajcarii. Nie będę się dzisiaj wyjątkowo rozpisywać na temat tras, czy przejść... Niech same zdjęcia opowiedzą historię tych magicznych mini-wypraw.

PS. Z pierwszymi śniegami ruszamy z nowym cyklem pod tytułem "Stoki Narciarskie". Na pewno będzie o Zermatt, Saas Fee, 4 Vallées i Crans-Montanie. Czy macie jakieś inne ciekawe miejsca, w których warto poszusować? 






Absolutny hit odsłony "Oblicza Matterhornu", czyli wersja z koparką

Idealne miejsce na lunch

Na zdjęciu moi poznani na szlaku nowi znajomi z Belgii


Cervinowe must be!



Zermatt
U nas też jest pięknie! 

Smażing-plażing


Pozdrawiam Basię!


Uciekajcie korzystać z jesiennych uroków, póki jeszcze trwają!
Powyższe zdjęcia z dwóch spacerowych wycieczek:
- Zermatt - Schwarzsee
- Trzydniowiański Wierch w Tatrach Zachodnich


Samotny Pilatus

W Polsce mamy Giewont, Trzy Korony i Śnieżkę. To takie top szczyty, które nieważne, czy są łatwe, czy trudne; wysokie, czy średnie - stanowią górskie "must be" i przyciągają notoryczne pielgrzymki turystów. 
W Szwajcarii, choć Alp nie brakuje, również znajdziemy takie top szczyty. Do kultowego i wybitnie oblężonego należy Pilatus - góra o wysokości 2137m i jeden z symboli Lucerny. 


Pilatus aż roi się od turystów, a to za sprawą świetnej komunikacji na szczyt za pomocą zwykłej, acz szwajcarskiej-przeszklonej-szybkiej kolejki lub małego pociągu Pilatusbahn o najbardziej stromym nachyleniu torów na świecie (!). Obie te atrakcje pozwalają nam "zdobyć" szczyt Pilatusa z dwóch różnych stron i zależnie od naszych możliwości finansowych - umilić sobie wspinaczkę (lub raczej całkowicie ją zredukować). Na szczycie Pilatusa dla zmęczonych wspinaczką czeka wspaniały i luksusowy hotel z restauracją i sklepami. 

No dobrze... pomijając część komercjalną trzeba jednak przyznać, że ze szczytu Pilatusa rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków w Szwajcarii, a to za sprawą potężnego Jeziora Czterech Kantonów i rozległego widoku na przeróżne pasma alpejskie Szwajcarii. Czy warto przecisnąć się przez te setki tłumów z selfie-stickami? Ano warto, ale jest też prosty sposób jak tego uniknąć...


Dla takiego widoku warto nie spać całej nocy i wspinać się pod osłoną gwiazd. Skośnookie tłumy? Bilans napotkanych osób podczas mojej wspinaczki wyniósł... całą jedną osobę. Nie liczę oczywiście ludzi, którzy dotarli już na sam szczyt (prawdopodobnie spod ciepłej kołderki ze swojego luksusowego pokoju na szczycie). My wybraliśmy pogodną i ciepłą sierpniową noc, a zmagania rozpoczęliśmy o 1 w nocy z małej wioski Alpnachstadt, gdzie znajduje się peron kolejki Pilatusbahn. 
Droga nie liczyła więcej, niż 4 godziny - po 5 rano byliśmy już na szczycie. Spektakl wschodzącego słońca rozpoczyna się już przed godziną 6, ale sam moment wstającego, rozgrzanego do czerwoności słońca, to godzina ok. 6:45. Polecam zaopatrzeć się w dużo ciepłych ciuchów, termos herbaty i cierpliwość, choć naprawdę warto...


Na szczyt prowadzi również szlak z drugiej strony, nieco dłuższy i trudniejszy, ale nie testowałam go osobiście, więc nie będę się wypowiadać. Za rok planuję podobny wypad i zaatakuję górę z drugiej strony - na pewno zdam kolejną relację! 

Samo podejście było wprost magiczne... Po wyjściu z lasu niepotrzebne były już nam czołówki - księżyc w pełni znakomicie oświetlał nam drogę. Zaskoczyć się obecnością kilkudziesięciu krów pozostawionych samych sobie w środku nocy? Bezcenne. Próbować zrobić jej zdjęcie, podczas gdy ona z gracją się odwraca i rozpoczyna niezbyt ładnie pachnący proces wprost do naszej kamery? Jeszce bardziej bezcenne.


Dla ludzi szukających jeszcze mocniejszych wrażeń i niewystarczająco uskrzydlonych romantycznym wschodem słońca polecam powrót dosłownie w przestworzach. Ze szczytu Pilatusa możemy wrócić na paralotni. Wypróbowane przez znajomych, a ja już odkładam franki na przyszły rok! 


Znowu serdecznie przepraszam za jakość zdjęć komórkowych, ale pochwalę się, że zakupiłam wreszcie porządniejszy sprzęt i kolejne zdjęcia powinny być już coraz lepsze.

A Wy? Jakie wschody słońca (lub zachody) macie na swoim koncie? Lubicie nocne wspinaczki?