Mittaghorn Via Ferrata

17:02 Via Szwajcaria 4 Comments

Jeszcze nie tak dawno opisywałam dla Was fantastyczną via ferratę na Jegihornie (cały wpis znajdziecie tutaj), ale postanowiłam także sprawdzić, co słychać po drugiej stronie doliny, którą podziwiałam miesiąc wcześniej, wdrapując się na mój mały trzytysięcznik. Tymże sposobem powróciłam w tereny Saas Grund i Saas Fee z zamiarem zdobycia drugiej dosyć znanej ferraty poprowadzonej na szczyt Mittaghorn.


Punkt początkowy: miejscowość Saas Fee w kantonie Wallis - dojazd jedynie autobusem (można go wziąć już z miejscowości Visp, ale samochodem da się podjechać aż do Saas Grund). Z Saas Fee bierzemy kolejkę do pośredniej stacji Morenia na wysokości 2572m. Koszt to około 15-20CHF w jedną stronę. Oczywiście można zaoszczędzić i podejść na piechotę, ale zużyjemy na to około 2,5h oraz sporo siły. 
Trudność: AD+ (niedługo zrobię edit i podam Wam skalę trudności wg mojego przewodnika)
Szczyt: Mittaghorn 3143m
Czas wejścia: około 1,5h 



Jak widzicie czas wejścia w porównaniu z Jegihornem jest naprawdę śmiesznie mały. I rzeczywiście - ferrata ta nie sprawia absolutnie żadnych trudności! Ba, nawet ciężko było mi ją nazwać konkretną via ferratą, bo przez większość czasu wdrapujemy się na własnych nogach, a od czasu do czasu pojawiają się zabezpieczenia, ale aż szkoda się przypinać, bo zaraz trzeba się wypiąć i ferrata znów się kończy... Ostatnie podejście na szczyt rzeczywiście jest już poprowadzone tylko po ferracie, ale jest to zaledwie finałowe pół godziny wspinaczki i brakuje tutaj spektakularnych ekspozycji, trudnych technicznie chwytów, czy jakichkolwiek innych ubarwień. Jedynym elementem, który dodawał jakiejkolwiek adrenaliny w moim przypadku był śnieg, który zdążył się już pojawić wczesnym początkiem września. W porównaniu do Jegihornu ferrata ta jednak wypada bardzo blado, jeżeli ktoś szuka czegoś więcej, niż banalnej linki i paru uchwytów na szczyt... ;-)



Niemniej jest wiele elementów, które rekompensują nam łatwość zadania podczas tej wycieczki. Widoki na pobliski lodowiec są rzeczywiście obłędne, a lodowiec ten towarzyszy nam przecież całe lato, więc może być miłą odskocznią od wakacyjnego upału. Sam Mittaghorn choć w zdobyciu jest bardzo łatwy, później prezentuje się szalenie różnorodnie z każdej strony, a z daleka wręcz sprawia wrażenie całkiem niezłej góry do zdobycia. Kiedy go tak obchodziłam w koło, troszkę śmiałam się w duchu, że zdobyłam go tak łatwo, ale duma rozpierała mnie, że tak ładnie prezentuje się na horyzoncie... ;-) 


Zejście z via ferraty poprowadzone jest w drugą stronę i okrężnym ruchem prowadzi nas do kolejnej stacji o nazwie Plattjen (2570m). Stamtąd możemy zjechać z powrotem do Saas Fee lub też zejść pieszo na sam dół (a szlak jest bardzo przyjemny, spacerowy i piękny widokowo). Tym razem wcale nie potrzebujemy aż tyle czasu na zejście, więc nogi nam aż tak daleko w dupkę nie wejdą.
Schodzenie z Mittagornu było magiczne za sprawą wspaniałego widoku na pobliską zaporę, nasz kochany Jegihorn, ale przede wszystkim na wszechobecną faunę! Znowu spotkałam świstaki, a także bardzo dużo kozic - zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej! Po raz pierwszy w życiu kozice z młodymi przechodziły tak blisko mnie, a chwilę poźniej byłam świadkiem prawdziwej walki na poroża w wykonaniu młodych samców... Uczta lepsza, niż na jakimkolwiek Animal Planet. 


Jako, że trasa nie jest aż tak wymagająca technicznie, ale osiągamy wcale nie taką wstydliwą wysokość i mamy dookoła siebie cudowne widoki - nie bałabym się wziąć na tę trasę kogoś zupełnie początkującego lub nawet własne dziecko. 
Dodatkowo warto się przejechać dla samego odwiedzenia legendarnej wioski Saas Fee, gdzie znajdziemy stare i świetnie zachowane chalets, a na końcu wyczerpującej wycieczki czeka nas błoga niespodzianka... Małe, darmowe spa dla naszych spracowanych stóp! 




Brodzenie po kamienistym podłożu w lodowatej górskiej wodzie, a potem rundka po kamieniach, ściółce i drewnianych palach naprawdę zaskakująco dobrze poprawia krążenie! 
Miejcie też oczy szeroko otwarte na starych leśnych dziadków, którzy być może uraczą Was po drodze jakąś alpejską opowiastką... ;-)


4 komentarze:

  1. Wejście na wysokość kozic, to już nie dla mnie, pozostanę przed komputerem przy Twoich zdjęciach i opowieściach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę dałabyś radę, te 3 tysiące metrów brzmią dumnie, ale bez żadnego problemu na nie wchodzisz! A kozice naprawdę przepiękne, ostatnio kupiłam dobry aparat, więc przy następnej takiej sytuacji będę już lepiej wyposażona, żebyś miała więcej ładnych zdjęć do podziwiania :)

      Usuń
  2. Takiego dziadka w nocy spotkać to strach! ;) Widok walki kozic, ajajaj chciałabym to zobaczyć, chociaż w tym roku udało mi się cyknąć zdjęcie mamy-kozicy karmiącej młode. Też cudny widok. Czemu ta Szwajcaria tak daleko od Polszy? Ehhh ehhh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daleko, niedaleko :-) ale za to jak mi teskno w nasze Tatry! I tak zle, i tak niedobrze, jak to powiadaja!

      Usuń