Via ferrata - czym to się je?

14:57 Via Szwajcaria 2 Comments

O via ferracie nie każdy jeszcze słyszał, mam za to nadzieję, że dzięki mojemu blogowi więcej ludzi się do niej przekona. Niestety, niektórzy wciąż się jej boją, jako czegoś niebezpiecznego i nieznanego, a tu powinno być wręcz przeciwnie! Via ferrata jest właśnie dla zwiększenia naszego bezpieczeństwa i dostarczenia większych przyjemności ;)

Ale zacznijmy od początku... Co to jest via ferrata?

(z włoskiego "żelazna droga") ubezpieczony szlak turystyczny, wyposażony dla celów autoasekuracji w linę stalową, stopnie, drabinki i mosty. W języku polskim czasami określana jako żelazna perć.  (źródło Wikipedia) 
 

Do wejścia na via ferratę nie potrzebujemy przewodnika, ani pieniędzy, ani biletu wstępu. Potrzebujemy za to sprzętu, a konkretniej trzech rzeczy – kasku wspinaczkowego, uprzęży oraz lonży asekuracyjnej.

  1.    Kask wspinaczkowy – nie jest obowiązkowy, ale dla mnie to podstawa każdej wspinaczki górskiej. Każdy głupi wie, że o głowę trzeba dbać, a przy ewentualnym upadku to właśnie głowa może oberwać najmocniej i spowodować największe niebezpieczeństwo dla naszego zdrowia. Kawałek plastiku na głowie skutecznie ją ochroni, a po 5 minutach przestajesz czuć, że go masz na głowie, więc dlaczegóż by nie? Dodatkowo plus dla selfie-maniaków – doskonale prezentuje się na zdjęciach i dodaje naszej głowie wyjątkowego, grzybo-podobnego wyrazu.
  2.      Uprząż wspinaczkowa – najzwyklejsza na świecie, używana również w normalnej wspinaczce na ściankach, skałkach, w parkach linowych (tzw. „małpi gaj“) i przy asekuracji podczas niektórych trekkingów wysokogórskich. Przeze mnie żartobliwie nazywana „majtami górskimi“ (za co dostaję notoryczne baty od mojego mężczyzny).
  3.     Lonża asekuracyjna – to być może najważniejsza część naszego sprzętu potrzebnego na via ferratę. Lonża asekuracyjna wyposażona jest bowiem w specjalne absorbery energii, które w razie odpadnięcia od ściany umiejętnie rozpraszają siłę, z jaką nasze ciało odpada, zwiększając tym samym drogę hamowania i redukując współczynniki odpadnięcia do bezpiecznego minimum.


Teraz czas na praktykę... Po pierwsze od ściany odpaść jest bardzo trudno, bo człowiek w obliczu wyzwania robi jednak wszystko, żeby kurczowo trzymać się wszystkiego, co popadnie. W czasie mojej krótkiej, acz intensywnej przygody z via ferratą, nie zdarzyło mi się jeszcze ani razu odpaść od ściany! Niemniej polecam przejść się na zwykłą ściankę wspinaczkową i spróbować „puścić“ się z góry, nie uprzedzając osoby asekurującej na dole, żeby poczuć to szarpnięcie na własnej skórze i przekonać się, że to nic strasznego.
Co prawda warto nadmienić, że w przypadku via ferraty wygląda to nieco inaczej – często odpadamy od pionowej skały, gdzie moment, w którym karabinek się zatrzyma, może być dużo później, niż podczas wspinaczki na zwykłej skałce. Może to spowodować większe kontuzje i mocniejsze obijanie się ciała o skały, ale...

Znów praktyka – jeśli boisz się takich sytuacji i nie chcesz ryzykować, można wybrać masę via ferrat, które ja sama czasem opisuję, jako niemal „spacerowe“! Na takiej trasie odpadnięcie może być co najwyżej zabawne i na pewno nie spowoduje większych kontuzji.

Nasza lonża asekuracyjna posiada dwa karabinki, ale dlaczego? Podczas przemierzania via ferraty, co jakiś czas lina (tzw. poręczówka) jest z powrotem mocowana do ściany, więc naturalnie trzeba przepiąć się w następną. Dwa karabinki mamy po to, aby przepinając jeden, zawsze pozostawać wpiętym do poprzedniej poręczówki, w razie gdyby nie wystarczyło nam siły do przepięcia się w nową linę (na trudnych via ferratach, kiedy człowiek wisi na jednej ręce, to naprawdę bywa skomplikowane). Dlatego zawsze zasada – nie przepinamy równocześnie obu karabinków, aby nie prowokować sytuacji, gdzie jesteśmy tę parę sekund całkowicie „odpięci“ od ferraty! Oczywiście, na ferratach „spacerowych“ zdarzało mi się iść nawet i bez asekuracji, gdyż trasy bywają prostsze, niż znane szlaki w Tatrach, ale np. dla dziecka będzie to wspaniała zabawa i pomoc ;)

Jak widać, różnice poziomów trudności ferrat są naprawdę ogromne, więc warto albo wesprzeć się informacjami z przewodników, albo właśnie z internetu, między innymi mojego bloga ;) Staram się zawsze obiektywnie oceniać trudność tras, które nieraz okazują się o wiele prostsze, niż wskazuje ich oficjalny stopień trudności, podawany za pomocą różnych skali.

Czytając dla was nieco w internecie, natknęłam się na wspaniałą stronę, która do bólu wyjaśni wam owe stopnie trudności ferrat, przedstawi dodatkowe informacje dla spragnionych i wytłumaczy jak zachować bezpieczeństwo na trasie. Nie będę internetowym trollem, który tylko kopiuje i wkleja, więc zachęcam po prostu do odwiedzenia tej strony:


Cóż mogę dodać jeszcze z własnego doświadczenia? Via ferrata na pewno jest dla tych, którzy chcą poznać adrenalinę wspinaczki w ciekawych skalnych ekspozycjach, a nie uprawiają wspinaczki skałkowej, bo jeszcze nie potrafią, bądź nie mogą. Ja sama niestety mam ogromne problemy ze ścięgnami w rękach, nie wolno mi też wspinać się na ściankach ze względu na ochronę palców i rąk (jestem muzykiem). Stąd też mój wybór padł na via ferraty, bo posiadają wiele elementów wspinaczki, a jednocześnie miksują to ze zwykłym trekkingiem wysokogórskim oraz czystą radością z przebywania w górach wysokich ;)
Niedawno dostałam pytanie na stronie fejsbukowej a propos mojego obuwia na zdjęciach („czy to są zwykłe trampki?“). Może i nie zwykłe trampki, ale również nie-niezwykłe buty do biegania. Dlaczego nie używam specjalnych butów wysokogórskich? Ano dlatego, że moje buty trekkingowe są już dosyć twarde i przystosowane do raków półautomatycznych, których używam w zimie. Taki but jest fantastyczny, cudownie trzyma kostkę, ale jego twardość sprawia, że nie czułabym ani jednego pręta, na których stoję podczas łażenia po ferracie, a złapanie równowagi na mostkach linowych byłoby koszmarem. Czasem na odcinkach pionowych trzeba też powspinać się na surowej skale, a z taką ciężką skorupą i butem, który średnio się „wygina“ razem z naszą stopą, byłoby to niemal niemożliwe. Proszę zauważyć, w jakim obuwiu wspinają się wspinacze na skałkach lub ściankach – wyglądają one niemal jak baletki, zapewniając maksymalną giętkość stopy, przy jednoczesnej ochronie. Na via ferracie takie obuwie mogłoby również się nie sprawdzić, bo często mamy do przebycia zwykłe odcinki leśne, które obfitują nieraz w błoto, korzenie i inne historie. Dlatego sama dla siebie znalazłam coś pomiędzy, a mianowicie buty do biegania, które są odpowiednio „gibkie“, a jednocześnie posiadają fantastyczną podeszwę, która amortyzuje stopę oraz sprawdza się w niekorzystnych warunkach atmosferycznych, gdzie dobrze trzyma się podłoża. Myślę, że lekkie buty trekkingowe, ale nieco poniżej kostki i w miarę giętkie, również nadawałyby się na via ferratę. Trampek nie polecam, bo w błotku mogą ugrzęznąć, poza tym nie trzymają tak fajnie stopy.



Polecam także wyposażyć się w specjalne rękawiczki do wspinaczki, które ochronią nasze (szczególnie kobiece i delikatne) dłonie. Kto łaził po Tatrach i trzymał się łańcuchów, czy wspinał po drabinkach, ten wie, że ręce są potem niemiłosiernie brudne, robią się także szorstkie i puchną. Poniżej zdjęcie naszych łapek po przebyciu trudnej ferraty w Leukerbad.



Obowiązkowym naszym wyposażeniem ostatnimi czasy jest także czołówka, która przydaje się zawsze, kiedy niechcący źle obliczymy czas i dopadną nas egipskie ciemności... ;)

W Polsce nie posiadamy niestety żadnych via ferrat, mamy jedynie żelazne pomoce łańcuchowe w niektórych partiach gór (szczególnie w Tatrach), oraz wzorowaną na via ferratach drogę na Orlej Perci (która jednak nie jest zbytnio przystosowana do używania sprzętu asekuracyjnego). Oprócz Szwajcarii, via ferraty znajdziemy także we Francji, Włoszech, Niemczech, Austrii, Słowenii i w Hiszpanii. Polecam wszystkim, choćby wypożyczyć sprzęt i przejść się na jedną z prostszych ferrat, na których naprawdę poradzi sobie każdy. A nuż nabierze się ochoty i odwagi na więcej...? ;-)


Poniżej moje wspaniałe początki... ;-)


2 komentarze:

  1. Powiem Ci, że mam ściankę wspinaczkową praktycznie pod domem i jak tak czytałam Twój wpis to naszła mnie chęć na sprobowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem Ci, że mam ściankę wspinaczkową praktycznie pod domem i jak tak czytałam Twój wpis to naszła mnie chęć na sprobowanie.

    OdpowiedzUsuń